bbr blog

Twój nowy blog

Wróciłam.

12 komentarzy

Nie wiem, jak to wytrzymałam, w tej chwili, przypominając sobie tęsknotę, jaką przeżywałam, jestem pełna podziwu dla samej siebie. I to nie jest jedyna egoistyczna rzecz, o jakiej przeczytacie w tej notce.
Obiecałam, że napiszę relację, ale jak ująć dwa miesiące w jednej notce i to jeszcze w taki sposób, by nie zanudzić czytelników?
Zacznijmy może od tego, że decyzja o wyjeździe była podjęta w mgnieniu oka i cała procedura trwała może dwa tygodnie, jeśli nie krócej. Kilka maili do Accueil International (moja agencja Au Pair), kilka maili do mojej pracodawczyni (wtedy przyszłej), madame T. i voila! Byłam lekko zszokowana tempem tego wszystkiego, ale fakt faktem, piątego lipca byłam o godzinie piętnastej trzydzieści byłam już na lotnisku w Pyrzowicach, w terminalu, i dowiadywałam się, że lot jest opóźniony. O godzinę. Cóż, szczęście mi nie sprzyjało. Dodatkowo, żeby uzupełnić tę optymistyczną wizję, trzeba zauważyć, że urwał mi się pasek od torby podręcznej (wypchanej do granic możliwości, rzecz jasna), a mnie nie uśmiechało się noszenie jej w rękach. Połaziłam więc po bezcłowych sklepach i w jednym z nich pożyczyłam igłę z nitką. Przyszyłam nieszczęsny pasek, siedząc na plastikowym krzesełku w terminalu, a ludzie wokoło gapili się na mnie jak na idiotkę. Cóż, takie życie.
Lot był czymś niesamowitym. Po raz pierwszy byłam w samolocie i wszystko mnie interesowało – przez cały czas patrzyłam w okno, oglądając start, a potem monotonny dość widok chmur i wreszcie lądowanie. Cholernie bolała mnie głowa, bo natychmiast po starcie zatkały mi się uszy, a ciśnienie zdawało się rozsadzać bębenki… ale co z tego, i tak było fajnie!
Na lotnisku powitała mnie madame T, monsieur T. i ich dzieci, dwuletnia Heloise i trzyletni Sebastien. Wpakowaliśmy się do ich samochodu, Renault Scenic (najczęściej występujący samochód, jaki widziałam we Francji) i wyruszyliśmy. Do Normandii wyruszyliśmy.
Droga była… niełatwym przeżyciem. Siedziałam pomiędzy Loulette (przezwisko Heloise) i Titounem (przezwisko Sebastiena) i usiłowałam przypomnieć sobie, jak się mówi po francusku. Łatwo nie było. Dodajmy do tego, że Loulette przez cała drogę szalała, rzucała swoją przytulanką, smoczkiem, książeczką… a ja musiałam to zbierać z ziemi za jej fotelikiem (prawdziwy wyczyn gimnastyczny).
Normandia… Byliśmy na wsi, niedaleko Honfleur, to w delcie Sekwany. Rodzice monsieur T. mieli tam dwa domy, tak zwany „duży Londes” – w którym mieszkali rodzice, siostra monsieur T., jej mąż i czterech synów – oraz „mały Londes”, w którym zainstalowaliśmy się my. To był ładny dom, dwa piętra, nieduży (jak na francuskie standardy, rzecz jasna…), ale całkowicie wystarczający. Jeśli chodzi o wygląd, był bardzo typowy dla budownictwa Normandii – białe i ciemnobrązowe deski, układające się w charakterystyczny deseń. Wewnątrz był ogromny, acz nieużywany kominek, duży salon, połączony z kuchnią i kilka wygodnych sypialń.
Spędziliśmy tam jakieś dwa i pół tygodnia. Prawie cały czas padało… chociaż było kilka słonecznych, ciepłych dni, kiedy wszyscy kąpali się w basenie rodziców monsieur T. Moje zajmowanie się Loulette i Titounem polegało na dawaniu im rano butelki z kakao, ubieraniu ich i bawieniu się z nimi do południa – odrobinę w domu, ale przeważającą część na powietrzu. To był rytuał; co rano trzeba było iść zobaczyć osły (tak; rodzice monsieur T. mieli dwa osły, Baltazara i Fairnande), a potem na grządki (uprawiali sałatę, kapustę, marchewkę i kilka innych warzyw, w niewielkim stopniu, ale mieli też porzeczki, maliny i truskawki), na huśtawkę i do piaskownicy (wszystko to stworzyli rodzice monsieur T. dla swoich licznych wnuków, przybywających na wakacje). W południe musiałam pomóc madame T. podawać dzieciom dejeuner (ja karmiłam Loulette, a ona pomagała Titoune’owi), po czym madame T. kładła dzieci spać – czas sjesty był bardzo przestrzegany. Miałam wolne do czwartej, kiedy dzieci już się zbudziły (Loulette pomiędzy drugą trzydzieści a trzecią, a Titoune w okolicach czwartej), trzeba im było podać gouter. Potem znów następowało kilka godzina zabawy w ogrodzie – czasem, jeśli był, monsieur T. zabierał nas samochodem do Honfleur, raz byliśmy w Etretat i w zoo w Lisieux (monsieur T. jest pilotem i czasem wyjeżdżał, na przykład, na trzy dni, leciał do Burkina Faso i Kambodży, po czym wracał na cztery dni, znów jechał polecieć do Algierii i Rosji, wracał na dwa dni i tak dalej…).
W Normandii odwiedzili nas też przyjaciele madame T., dwie pary, każda z dwójką dzieci: dwoje Francuzów z pięcioletnim Content i rocznym Gaspardem oraz Francuz i Libanka z dwuletnią Naice i czteromiesięcznym Augusten. Zostali na cztery dni i chociaż w teorii ja miałam się zajmować wyłącznie moją dwójką, w praktyce pod opieką miałam sześcioro dzieci.
Z Normandii pojechaliśmy do Bretanii, do Saint-Quay-Portrieux (czyt. Sę Kie Portriy), do rodziców madame T. W sobotę, dzień po przyjeździe, udało mi się być na ceremonii ślubnej przyjaciółki madame T., Arianne. Właściwie ślub francuski nie różni się chyba wiele od polskiego, jeśli chodzi o ceremonie kościelną, ale pewności mieć nie mogę, bo na żadnym polskim ślubie nigdy nie byłam.
U rodziców madame T. spędziliśmy tydzień, potem przenieśliśmy się pięćset metrów dalej, do wynajętego przez madame T. domu, bo do jej rodziców przyjechał jej brat z żoną (Rosjanką, nota bene) i dwójka dzieci, a potem jeszcze drugi brat i kuzynka z córką… Zrobiło się ciasno, toteż uciekliśmy.
Tam spędziliśmy chyba trzy tygodnie, jak mi się zdaje, przy czym przez tydzień gościliśmy kolejną przyjaciółkę madame T., Beatrice, z, hm, partnerem (są ze sobą, ale się nie pobrali i nie mają zamiaru tego robić), Algierczykiem, i czwórką dzieci, ośmioletnim Victorem, sześcioletnią Clementine, dwuletnim Comem i czteromiesięcznym Theophilem.
Będąc w Bretanii właściwie plan dnia się nie zmienił – tyle, że zamiast do ogrodu, szliśmy na spacer do miasta, na zjeżdżalnię albo na plażę. Zmieniło się to, że pracowałam czasem w innych godzinach – raz do trzynastej i potem od czwartej trzydzieści, a raz do czwartej bez przerwy, za to czas wolny miałam do wieczora, a właściwie do rana następnego dnia. Wolałam to drugie rozwiązanie, bo dawało mi więcej czasu na łażenie samotnie po mieście i brzegiem morza. Te przechadzki brzegiem morza stały się zresztą kwintesencją mojego życia tam i jedną z dwóch rzeczy, które ratowały mnie przed szaleństwem z tęsknoty (drugą rzeczą były telefoniczne rozmowy z mamą – nie dziwię się, że rachunek jest, jaki jest…). Szłam, na przykład, pieszo do portu, a stamtąd ścieżką na brzegu morza (przy czym tam brzeg morza jest wysoki, kilkanaście metrów nad poziomem wody, a kilkadziesiąt w czasie odpływu) szłam aż do sąsiedniego miasta, Trevneuc. Taki spacer (a raczej marsz, bo szłam raczej szybko) trwał kilka godzin, ale wracałam w godzinę – bo szłam miastem, znacznie szybciej, chociaż wciąż pieszo.
W czasie tych przechadzek wiele myślałam i doszłam do wielu wniosków. Analizowałam siebie i swoje życie, próbowałam ogarnąć ten niezbyt przychylny mi świat… czy mi się udało? Głupie pytanie. A mogło się udać?
Tak czy inaczej, oceniam pobyt w Bretanii znacznie lepiej, aniżeli w Normandii. Przynajmniej było gdzie pójść i co robić. W końcu to było miasto, a nie środek nigdzie. Nawet raz tam na koncercie byłam… Abby. Zdziwieni? Spokojnie, to nie była prawdziwa Abba, tylko Bootleg Abba, piątka ludzi, którzy udawali starą Abbę. Ubierali si jak Abba i śpiewali jej piosenki (chociaż prawdziwa Abba liczyła tylko czworo członków), także po powrocie z koncertu miałam głowę pełną mieszanki „Money, Money, Money”, „Dancing Queen”, „Waterloo”, „Gimme, Gimme, Gimme”, „I have a dream” i „Mamma mia”. Bardzo sympatyczny koncert i, co ważne, darmowy.
Po Brytanii znów wróciliśmy na pięć dni do Normandii. To było straszne… Padało bezustannie, dzieci były marudne, madame T. zdenerwowana, a monsieur T. nieobecny. A ja byłam tak cholernie zmęczona już… tym wszystkim. Fizycznie – opieką nad dziećmi – i psychicznie – odpowiedzialnością, pobytem w obcym kraju z obcym językiem i kulturą, daleko od rodziny… Miałam kryzys, mówiąc krótko. Chciałam się pakować i wyjeżdżać, już, teraz, zaraz, natychmiast – ale telefoniczna rozmowa z mamą pozwoliła mi to przetrzymać… Jakoś mi się udało nie zwariować z tęsknoty.
I tylko dziękowałam Bogu, że w Normandii byliśmy przed Bretanią, bi gdyby było na odwrót, nie wytrzymałabym.
Po Bretanii pojechaliśmy do Saint Germain en Laye (czyt. Sę Żermę ą Le), gdzie państwo T. mieli swoje mieszkanie. Powiedzieli, że jest bardzo małe, tylko dwa pokoje. Ale nie wspomnieli, że oprócz dwóch dużych pokoi mają ogromny salon, gabinet wielkości połowy mojego chorzowskiego pokoju, wielką łazienkę z oddzielną toaletą, kuchnię tak dwa razy większą od mojej i przedpokój wielkości trzech moich. Cóż.
Przez dwa dni w St Germain pracowałam bez przerwy (należy wspomnieć, że w tym czasie Loulette była chora na anginę), po to, by później móc zwiedzać Paryż przez dwa pełne dni – niedzielę, którą z założenia miałam wolną, i poniedziałek, wolny właśnie dzięki tej wcześniejszej pracy bez przerwy. Takoż – byłam w Paryżu! St Germain jest na przedmieściach Paryża, za Nanterre i La Defense. Jakieś czterdzieści minut RERem, czyli takim rodzajem metra poza Paryżem. Po samym Paryżu zresztą też poruszałam się metrem.
Zwiedziłam, w kolejności: Notre-Dame de Paris, Luwr (Mona Liza nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia, za to zachwycałam się Delacroix i jego „Wolnością wiodącą lud na barykady”), ogrody Tuileries, Pola Elizejskie i Łuk Triumfalny oraz Wieżę Eiffle’a (była noc – nie macie pojęcia, jaki to piękny widok, Paryż nocą, widziany z Wieży Eiffle’a, chociaż na sam szczyt nie wjechałam… byłam tylko na drugim „piętrze”. I weszłam tam pieszo, nie windą!). Zdążając do stacji metra przy Wieży Eiffle’a zostałam zaatakowana przez jakiegoś bliskowschodniego jegomościa-rysownika, który mówił po francusku z okropnym akcentem, gorzej niż ja, a który się do mnie przyczepił i opuścił mnie dopiero po przesiadce na stacji metra Charles de Gaulle – Etoile (gdzie wsiadałam do RERa) i który napędził mi stracha (no bo ja nie wiedziałam, czego on ode mnie chce – prawił mi komplementy, zapraszał na diner i kazał przyjść następnego dnia w to samo miejsce, coby mi Paryż mógł pokazać… oczywiście nie wróciłabym tam za żadne skarby świata!).
Wróciłam do domu w St Germain jakoś tak przed północą, a następnego dnia byłam tak zmęczona, że odpoczywałam do południa i do Paryża pojechałam dopiero koło piętnastej, po dejeuner. Wjechałam na sam szczyt Montparnasse’u, obejrzałam bazylikę Sacre-Coeur ze wszystkich stron, byłam na placu Pigalle (nie znalazłam kasztanów) i… właściwie to wszystko. Albo: wystarczająco. Wróciłam tego dnia znacznie wcześniej, ale to dobrze, bo byłam zmęczona.
Następnego dnia byłam, dzięki uprzejmości madame T., u ginekologa francuskiego, który nie powiedział mi nic nowego. Potem zaś znów opiekowałam się dziećmi przez cały dzień… położyłam się o jedenastej, by się wyspać. Zasnęłam o drugiej nad ranem, zaś wstawałam o piątej, by się przygotować. O szóstej trzydzieści opuściłam dom i monsieur T. zawiózł mnie na lotnisko Beauvais, jakąś godzinę drogi od Paryża. Byliśmy tam koło siódmej trzydzieści i niemal od razu, przy rejestrowaniu bagażu, dowiedzieliśmy się, że mój samolot ma opóźnienie… dwunastogodzinne. Odlot planowany był na dziewiętnastą. Cóż.
Monsieur T. odjechał, zostawiając mnie na lotnisku samą i przerażoną. Nie bałam się, że coś się stanie; bałam się tego wielogodzinnego czekania…
Około dziewiątej dali nam bony na posiłek za 12 euro w jednej z restauracji na lotnisku. Zjadłam ten posiłek koło dwunastej, a czekałam bezczynnie do szesnastej, bo powiedzieli nam, że o szesnastej będą mieli jakieś informacje. Jednak żadnego ogłoszenia nie było, więc cała polska grupa, na oko jakieś sto osób, dopadła do okienka informacji Wizz Aira (tą właśnie linią leciałam), żeby zapytać co jest. I posypały się sprzeczne informacje…
Najpierw powiedzieli, że samolot będzie o ósmej. Potem, że samolot nie przyleci i że autobusem przewiozą nas do Lille, skąd odlecimy do Pyrzowic. godziny odjazdu autobusu się zmieniały – najpierw miała być ósma, potem szesnasta trzydzieści (mówili to o szesnastej dwadzieścia pięć), potem dwudziesta druga trzydzieści. Ostatecznie ten ostatni termin okazał się być prawidłowym. Około ósmej odebraliśmy bagaże i o dwudziestej drugiej trzydzieści wsiedliśmy do trzech autobusów, które zawiozły ans do Lille. Możecie sobie wyobrazić, jak bardzo zmęczona byłam po tylu godzinach nerwowego czekania, nie wspominając o tym, że wciąż odczuwałam zmęczenie całymi dwoma miesiącami pobytu: chodzenia spać po północy i wstawania o szóstej trzydzieści, opiekowania się dziećmi, tęsknotą i tak dalej…
Miałam więc nadzieję, że uda mi się pospać w autobusie, bo zapowiadały się jakieś trzy godziny jazdy. Gdzie tam! Obok mnie, po drugiej stronie przejścia w autobusie, siedziała czwórka facetów po trzydziestce. I po paru głębszych. Jak tylko zdołałam się w miarę wygodnie ułożyć na siedzeniu, facet najbliżej mnie zaczął mnie szturchać i rzucać teksty w stylu „Nie śpij, nie śpij, jak chcesz spać, to śpij ze mną” albo „Napijesz się z nami strzemiennego? No, nie bądź drętwa, napij się…”. I tym podobne. Pospali się pod sam koniec jazdy i ja też mogłam się zdrzemnąć… przez dwadzieścia minut.
Na lotnisku w Lille mieliśmy mieć samolot o czwartej trzydzieści, więc czekały nas jeszcze jakieś trzy godziny czekania. Wtedy już naprawdę miałam wszystko gdzieś; położyłam się na zimnej posadzce, torbę wsadziłam pod głowę, przykryłam się kurtką i zasnęłam. Na kolejne dwadzieścia minut.
Około trzeciej trzydzieści zaczęli nas wpuszczać do terminalu, nie rejestrowali już bagażu, tylko sprawdzali, czy jego waga zgadza się z ta, zapisaną na karteczce doń przyczepionej. Odprawa osobista trwała dość długo, ale w końcu – koło czwartej trzydzieści – byliśmy wszyscy w terminalu. O tej godzinie już mieliśmy być w samolocie, ale, oczywiście, było kolejne opóźnienie i ostatecznie zaokrętowaliśmy się o piątej trzydzieści. I w momencie, w którym wystartowaliśmy i przestałam czuć tak bardzo przyspieszenie – zasnęłam jak zabita. Spałam całą drogę, aż zaczęliśmy się zniżać – i nie cierpiałam z powodu bólu głowy, jak poprzednio, nie czułam też w ogóle ciśnienia. Cóż, byłam wyczerpana.
Wylądowaliśmy koło siódmej trzydzieści, co oznacza, że moja podróż do Polski trwała dwadzieścia cztery godziny. Dobę. Zamiast 29 sierpnia, wróciłam 30.
Ale nie macie pojęcia, co czułam, kiedy w końcu stałam na parkingu, przed wejściem do terminalu, i ściskałam moją mamę; obie byłyśmy we łzach i nawet tacie głos trochę zmiękł. To było jak… jakbym się narodziła na nowo.
Niesamowite.

Podsumowując… Cieszę się, że tam pojechałam. Podszkoliłam język. Sporo się dowiedziałam – o sobie, o różnego rodzaju zamknięciach i klatkach, o tęsknocie. Poznałam kulturę francuską. Otworzyłam trochę szerzej umysł. Udowodniłam sobie i wszystkim wokoło, że jestem odpowiedzialna i samodzielna. I że jeśli chcę, potrafię.
Ale nie wiem, czy pojechałabym raz jeszcze. Naprawdę… nie wiem. Boję się, że gdybym drugi raz przeżyła taką samotność i tęsknotę, umarłabym. Albo uciekła.
Cóż… było, minęło. A teraz? Teraz pozostaje mi myśleć o przyszłości, nie rozpamiętywać trudnych chwil z przeszłości.
Chyba powinnam to zastosować do całego mojego życia.
Szkoda, że to takie trudne…

Uwielbiam mój optymizm.

jutro o 15.30 z Pyrzowic, to niedaleko Katowic. Właściwie odpowiedniejsze słowo to „wylatuję”. Lecę sobie samolotem linii Wizz Air na lotnisko Beauvais, podobno Paryż, ale z mapy wynika, że to dość daleko od stolicy. Stamtąd „moja” rodzina mnie odbiera i jedziemy do Normandii, gdzie dokładnie – nie wiem. Z Normandii na krótko do Bretanii, a potem już do Loches, to nad rzeką Indre, dopływem (lewym) Loary. Wracam 29 sierpnia.
„Moja” rodzina potrzebuje opiekunki na wakacje. On jest pilotem, Ona dziennikarką (specjalizacja: prawo europejskie). Sebastien ma trzy i pół roku, Heloise dwa. Rodzice mówią po francusku, niemiecku i angielsku, do dzieci trzeba mówić po francusku.
Boję się. Boję się jak cholera. Ale – nie mam wyboru. Bilet zarezerwowany, rodzina powiadomiona, wszystko zapięte na ostatni guzik. Wyboru nie ma.

O cholera.

O cholera.

O kurwa, przepraszam za łacinę. Kurwa.

ale chyba mi się udało.
Wyjeżdżam. Do. Francji.

Oni mają dwójkę dzieci, dwu i trzyletnie (płeć jeszcze mi nieznana). Mówią po francusku, angielsku i niemiecku (Francuz, który mówi nie tylko po francusku? Cud jakiś). Jadą na wakacje i potrzebują opiekunki. Do Normandii, Bretanii i Loches w Centrum. I ja, ja tam pojadę!

O ile rozmowa wypadnie dobrze.

Zaczynam się bać. O kurna, boję się jak cholera.

Ale fakt, że oni mówią też po angielsku, trochę mnie uspokaja.

EDIT: Jestem już po rozmowie. Lecę! Naprawdę lecę do Francji! Już mam bilet zarezerwowany i nawet zapłacony. Lecę 5 lipca, wracam 29 sierpnia. Ojejej. Ach *-* Nie wiem, jak się zachować. Jestem w takim pozytywnym szoku. I boję się. Ach!

sprawę, że to, co powiem, zabrzmi idiotycznie. Ale cóż, tak sobie umyśliłam i postaram się to wykonać.

Chcę wstąpić do wojska.

Zdziwieni? Cóż, dla mnie to wcale nie takie dziwne. Zawsze fascynowała mnie broń i wojsko. I prestiż tego zawodu. Za mundurem panny sznurem? Tylko swoim.

Nie jestem pewna, gdzie tak naprawdę chcę się dostać. Rozważam Marynarkę Wojenną, Siły Powietrzne i Żandarmerię Wojskową. Oczywiście, zamierzam złożyć papiery do szkoły oficerskiej tylko w jednej z tych instytucji, niemniej wybrać mi trudno. Od zawsze fascynowałam się bronią, więc wypadła Żandarmeria. Ale przecież kocham pływać, więc może jednak Marynarka? Ale latanie jest takie ekscytujące, może więc jednak Siły Powietrzne? Nie wiem.

Wiąże się z tym kilka spraw, które mnie, przyznam się, martwią.
Po pierwsze, szkoły oficerskie wymagają matematyki i angielskiego. Akurat chyba będę te dwa przedmioty zdawać, ale mam uzasadnione obawy, że matematyka nie pójdzie mi za dobrze.
Po drugie, w wojsku trzeba być sprawnym. Jestem antytalentem jeśli chodzi o sprawność fizyczną, więc musiałabym się nieźle przyłożyć. Ale to akurat może mi tylko w życiu pomóc. Co ważniejsze, teraz to jest jakiś sprecyzowany cel, który może uda mi się osiągnąć.
A po trzecie, w wojsku są badania lekarskie, które mogą mnie wykluczyć. Nie mam jakichś szczególnie niebezpiecznych schorzeń, ale przecież jakieś tam schorzenia mam. Może być ciężko.

Co ja gadam. Na pewno będzie ciężko. Ciekawe, jak by zareagowali rodzice, jeśli przyznałabym im się, że chcę iść do wojska. Pewnie próbowaliby mi to wybić z głowy. Dlatego lepiej im nie mówić. Zresztą, mnóstwo rzeczy może się jeszcze zmienić. Może za rok odwidzi mi się wojsko. A może nie.

A jeśli nie dostanę się do szkoły oficerskiej to spróbuję w regularnym wojsku, zaczynając od szeregowego.

A jeśli i to się nie uda – cóż, zawsze pozostaje mi moja romanistyka.

Wiem, jestem szalona. Ale nic na to nie poradzę.

znaczenie dwóch słów.

Żyć. Rzyć.

Już nie dostrzegam różnicy.

Jestem tu nielegalnie. Mam szlaban na kompa. Do odwołania. Za karę. Oceny – czy muszę mówić więcej?

Ale to dobrze. To dobrze. Bo może – tylko może – uda mi się dzięki temu uwolnić z uzależnienia. Z netoholizmu.

Do zobaczenia. Kiedyś. Prawdopodobnie – we wrześniu. A może nigdy. A może już za tydzień. Nie wiem. Kiedyś.

już panikować. Najwyższy czas. Boję się jak cholera. Wiem, że nie zdam. Nie zdam i te pieniądze, te pięćset złotych, pójdzie w błoto. Wiem. Moja wina. Nie uczę się. Nie powtarzam. Wiem. Ale w sumie mnie to nie obchodzi. Co z tego? Przecież to nic nie znaczy. Co mi po egzaminach. Co mi po szkole. Co mi po życiu. To nic nie znaczy. Nic już nic nie znaczy. Albo wszystko znaczy nic. I nic znaczy wszystko. Tak się czuję, jakbym była zawieszona pośrodku niczego, a świat mijał mnie z prędkością światła. Przestrzeń się wykrzywia. Czas to abstrakcja. Jakoś tak mi… nudno. Nic mnie nie bawi, nic nie cieszy. Nic nie smuci. Nic nie czuję. Tylko policzki płoną, kiedy myślę o wszystkich, których zawiodłam i co się stanie, kiedy ktoś się dowie. Już nie myślę o mojej duszy. Ona jest stracona.

Jestem sama.

Elli lama sabachtani?

sobie zrobiłam. I otwarłam usta. I nie zakrzyknęłam „To nie ja!”

Czwórka. 4w5, dokładniej.

„Tragiczny romantyk, ma bardzo wrażliwe odczucia i emocje, jest wrażliwy, czuły, spostrzegawczy.

Jak postępować ze mną

# praw mi dużo komplementów. Wiele dla mnie znaczą
# wspieraj mnie jako przyjaciel i partner. Pomóż mi kochać i doceniać siebie
# szanuj mnie za mój wyjątkowy dar widzenia i moją intuicję
# mimo, że nie zawsze lubię gdy się mnie pociesza gdy mam melancholijny nastrój, to jednak ktoś mógłby mnie trochę rozweselić
# nie mów mi, że jestem przewraźliwiona lub zbyt przeczulona!

Co lubię w byciu czwórką

# umiejętność znajdywania sensu życia i doświadczania emocji na głębokim poziomie
# umiejętność nawiązania ciepłych i głębokich relacji z innymi
# moja kreatywność, intuicja i poczucie humoru
# bycie wyjątkową i bycie postrzeganym jako wyjątkowa
# łatwość odczuwania nastrojów innych ludzi

Co jest trudne w byciu czwórką

# doświadczanie mrocznych nastrojów, odczucia pustki i tęsknoty
# odczuwania wstrętu do siebie i poczucia wstydu, wierzenia, że nie zasługuję na miłość
# odczuwania winy gdy zawiodę innych
# odczuwanie zranienia lub bycia zaatakowanym gdy ktoś mnie nie zrozumie
# poczucia bycia porzuconą
# odczucia tęsknoty za tym czego nie mam

Opis czwórki

Czwórki należą do ludzi, którzy żyją głównie we własnej wyobraźni i własnych uczuciach. Mogą być artystycznie uzdolnieni, przejrzyści i inspirujący, lub też mogą być narzekający, wywyższający się i negatywnie nastawieni.
Tak jak jedynki, czwórki porównują rzeczywistość z tym co mogłoby się zdarzyć. Podczas gdy jedynki mają zwyczaj do wyszukiwania własnych niedoskonałości, próbując je poprawić, czwórki często odwracają się od rzeczywistości i żyją we własnym świecie wyobraźni, uczuć i nastrojów. Czwórki często są również mylone z piątkami, zwłaszcza tymi, które uważają, że posiadają silne uczucia nie identyfikując się z ekstremalnym, pozbawionym uczuć wizerunkiem piątek. Jednakże piątki, w przeciwieństwie do czwórek, odczuwają dyskomfort gdy przychodzi wyrażać im ich własne odczucia, podczas gdy czwórki mają skłonność do samoodkrywania się przed innymi i czują się pewnie opisując swoje emocje. Czwórki razem z dwójkami i trójkami, dążą do utworzenia próżnego i mylnego wizerunku o sobie, choć mogą paradoksalnie ukazywać zupełnie coś przeciwnego.
Czwórki identyfikują się często z wizerunkiem niepełnowartościowej osoby, zwłaszcza gdy nadaje im to cech unikalności i wyjątkowości. Czwórka może dla przykładu opłakiwać swoją niemożność osiągnięcia sukcesu każdego dnia, ale to narzekanie niesie delikatne odczucie przechwalania się tym. Czwórki mogą posiadać własne odczucia, że są tragicznymi romantykami, ale również mogą odczuwać poczucie traktowania się jako osoby bardzo wyjątkowej.

Zdrowe czwórki mają skłonność do bycia idealistami, posiadać dobry smak i doceniać wartość piękna. Patrzą na rzeczywistość poprzez pryzmat subiektywności i są dobrzy w myśleniu metaforycznym. Zdolność czwórek do widzenia rzeczy jako symbole, jest poszerzona przez ich głęboką emocjonalność. Samo wyrażanie się i dążenie do samo-poznania się to są wysokie priorytety u ludzi z tym typem. Czwórka wkraczając w nową sytuację, może dostrzec coś co dotknie ich duchowo, co z kolei pobudzi ich uczucia, co z kolei przywoła wspomnienia zapachu, smaku, odczuć itd. Nastroje czwórek i ich odczucia współgrają ze sobą niczym farba wodna w deszczu, tworząc jak w kalejdoskopie, obrazy i wyrażające się w reakcji na najmniejsze doznania.
Zdrowe czwórki przeobrażają przykrości w coś bardziej znaczącego, poprzez kreatywną pracę wszelkiego rodzaju. Czwórki są uzdolnione w wyrażaniu odczuć i mogą być świetnymi nauczycielami i psychoterapeutami. Mogą być również przyjaciółmi pełnymi wpółczucia, zdolnymi do zrozumienia problemów innych. Z powodu siły swojej wyobraźni, ludzie tego typu są często opisywani jako artyści. Wiele spełnionych artystów światowych to czwórki i prawie wszyscy ludzie z tym stylem potrzebują lub znajdują kreatywne ujście.

Gdy czwórki są mniej zdrowe, skupiają się na tym co nieuniknione lub czego brakuje w ich życiu. Stają się negatywnie nastawieni i krytyczni, znajdując problem w każdej sytuacji w której się znajdują. Zwracają się wtedy do swojego wnętrza i używając wyobraźni wspominają inne miejsca i inne czasy. Czwórki często żyją przeszłością lub przyszłością, jakąkolwiek byleby by była bardziej zadowalająca niż teraźniejszość. Czwórki często zazdroszczą wszystkiego czego nie posiadają, wyolbrzymiając znaczenie powiedzenia „trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie”. Potrzeba bycia dostrzeganym jako ktoś wyjątkowy, może również być bardziej widoczne. Czwórki są blisko związane ze swoimi uczuciami, ale gdy są nie zdrowe, przeobrażają swoje uczucia w melodramat. Mogą być pełne rozpaczy i nostalgii, domagając się rozpoznania i odrzucając wszystko co mogą dobrego otrzymać od przyjaciół. Mogą także wytworzyć aurę współzawodnictwa i mściwości, nie mogąc się cieszyć swoimi sukcesami bez odbierania przyjemności innym. Niezdrowa czwórka może być bardzo markotna i nadwrażliwa. Wyniesione na powierzchnię poczucie swojej unikalności, może im dać poczucie bezkarności w złym zachowywaniu się, będąc egoistyczną i nieodpowiedzialną. Czwórki w tym stadium, skłaniają się ku odczuciom winy, wstydu, melancholii, zazdrości i bycia bezwartościowym.

Bardzo nie zdrowe czwórki mogą być otwarcie masohistyczne i przesadne w swoim samo poniżaniu się. Życie samo-niszczącego się artysty odzwierciedla ten typ scenariusza. Na tym etapie czwórka może stać się zupełnie nieosiągalna. Zmagając się z wyczerpującym poczuciem bezsilności, pogrążają się w chorobliwy samo-wstręt lub depresję samobójczą. Postrzegają swoją odmienność w całkowicie odmiennych określeniach skazując siebie na kompletne odosobnienie. Potrzeba ukarania siebie i innych jest również bardzo silna i zdecydowana.

(…)

Czwórka ze skrzydłem pieć: 4w5 – „Włóczęga”

Skrzydło 5, daje czwórce introwertyczne zachowanie, odsuwanie się od innych, złożoną osobowość. Ta czwórka może być intelektualistką ale posiada wyjątkową głębię uczuć. Jest otwarta na duchowe i estetycznie doznania. Znajduje wiele znaczeń dla prawie wszystkich zdarzeń. Może posiadać silną potrzebę i umiejętność aby realizować się artystycznie. Samotnik, wygląda tajemniczo i jest trudna do „rozszyfrowania”. Do świata zewnętrznego podchodzi z rezerwą, ale wewnętrznie bardzo go przeżywa. Gdy się w końcu otwiera, to bardzo gwałtownie i całkowicie, bez żadnych oporów.
W stresie, 4w5 bardzo łatwo popada w alienację i depresję. Wiele czwórek z tym skrzydłem ma odczucie zupełnej inności, jakby pochodziły z innej planety. Narzeka na swój obecny los, wspomina i przeżywa wiele razy zdarzenia z przeszłości. Dość często ma posębne oblicze, odsuwa się od innych z uczuciem zawiedzenia lub poczuciem wstydu. Żyje we własnym świecie bólu i straty. Może mieć bardzo chorą duszę, wyobrażać sobie i interesować się własną śmiercią.

Słynne czwórki ze skrzydłem pięć: Vincent van Gogh, Kurt Cobain, Edgar Allan Poe, Johnny Depp, Bob Dylan, Ingmar Bergman.

(…)

Czwórka w miłości

# pamiętaj, że czwórka zawsze czuje, że czegoś jej brak, a inni to mają.
# licz się ze skomplikowanym związkiem. Nic nie jest proste. Ważniejsze w związku jest głębokie uczucie, a nie zabawa
# zawsze jest dobra pora na pokazanie się. Odpowiedni nastrój, maniery, luksus i dobry smak to są podstawy udanego związku
# dla czwórki dążenie do czegoś jest ważniejsze niż szczęście. Miłość ma wiele warstw i przechodzi przez wiele faz w związku. Faza rozstania jest wyjątkowo długa
# chętnie wspomina o swoich poprzednich miłościach. Słabo skupia uwagę na obecnych możliwościach
# skupia się chętnie na twoich negatywnych odczuciach, gdy pojawiają się pozytywne, obserwuje je z bezpiecznego dystansu

Czwórka w pracy

# musi odczuwać, że jest respektowana przez innych za własne pomysły i wizje
skuteczność pracy jest powiązana z nastrojem. Ma problem ze skupieniem się na pracy gdy emocjonalne życie bierze górę
# przywiązuje się do autorytetu, który reprezentuje sobą odpowiednią wartość a nie popularność
# agresywna wobec konkurentów,
# zaprzyjaźnia się z osobami z poza własnego kręgu zainteresowań
# nie lubi pracować z osobami, które są bardzie niż one utalentowane, wyżej cenione i lepiej opłacane

Rozpoznanie czwórki

Typowy komentarz czwórki

„Ludzie mnie wzywaja bo wiedzą, że będę wstanie spojrzeć na problem z innej perspektywy”
„Dostrzegam i rozumiem wiele spraw znacznie głębiej niz większość osób”
„Zawsze czułam się jak obca osoba gdy byłam dzieckiem”
„Wprowadzam do doliny łez, teorie sensu życia”

Intelektualne czwórki mylnie się mogą identyfikować z piątkami, zwłaszcza gdy odczuwają silny wpływ skrzydła 5. Jednakże czwórki w przeciwieństwie do piątek, potrafią się odkrywać przed innymi i czując się komfortowo w wyrażaniu własnych odczuć.”

Cholera. Kto to pisał i skąd tak dobrze mnie zna?!

A link tu.

miałam na gadu-gadu ustawiony opis „zawieszona w przestrzeni szukam własnego ja”. I pewna Bardzo Mądra Osoba zapytała mnie, czy długo już szukam tego mojego ja.

Długo. Całe życie. Prawie osiemnaście lat. Czy to długo?

Zawsze byłam tą inną. Ten margines, na który nikt nie zwraca uwagi, chyba że szuka kozła ofiarnego. Zaczęło się chyba od tego, że już jako berbeć wyglądałam inaczej. Urodziłam się duża, a dokarmiana, czy raczej przekarmiana przez nianię, urosłam… spora. Już w przedszkolu dzieciaki wytykały mnie palcami. W szkole podstawowej ktoś przezwał mnie „Beata – Szmata”. W gimnazjum mówiono na mnie „Delma”. Śmiano się. Poniżano. Zawsze. Wszędzie. Gdziekolwiek bym się nie znalazła, zawsze otaczały mnie pełne pogardy spojrzenia, ironiczne uśmieszki, złośliwości czy wręcz otwarte wyśmiewanie się. Nie sprzyja to integracji z ludźmi. Stałam się odludkiem. Kolegowałam się z Anią K., którą chyba jako jedyną nie obchodziło, jak wyglądam. Lubiła mnie, a ja lubiłam ją. I nadal spotykamy się czasem, kiedy jest czas i okazja do tego.
Anię Z., Sandrę i Michała uważałam za przyjaciół. Najbardziej zresztą zależało mi na przyjaźni Ani Z. Ona była dla mnie… wzorem? Była inteligentna, ładna, wygadana, towarzyska. Ludzie ją lubili. Ale Ania Z. była przyjaciółką Sandry, a dla dziesięciolatków w przyjaźni nie ma miejsca dla trzeciego. We dwie się siedziało w ławce, we dwie chodziło w parach, we dwie pracowało nad projektami. Sandra była zabawniejsza, inteligentniejsza, ładniejsza. Nie dziwię się, że Ania Z. ją wybrała.
I był jeszcze Michał. Michał, który siedział ze mną na lekcjach, narażając się na plotki i chichoty, na szepty w stylu „Beata i Michał chodzą ze sobą!” Michał, który tak często szedł ze mną do domu, przy którym zapominałam o całym nieprzychylnym świecie, który mnie rozbawiał i przynosił ulgę. Michał, zawsze taki przedsiębiorczy, asertywny, mądry. Mój Michał, który zawsze traktował mnie, jak przyjaciółkę, a nie – kogoś na doczepkę. Chyba tylko jemu zawdzięczam, że nie jestem sfiksowana tak do końca.

W gimnazjum Michał, Ania Z. i Sandra znikli. Paradoksalnie – chodziliśmy do tej samej szkoły, ale do trzech różnych klas. Sandra chodziła na niemiecki, a Ania Z. i Michał na francuski w klasie „a”. Ja byłam w „d”. Niewiele rozmawialiśmy. Mówiliśmy sobie „cześć” na korytarzach. I to właściwie wszystko. Poszliśmy zupełnie innymi ścieżkami. A szkoda.
Mogłam być w „a”. Ale byłam pieprzoną altruistką. W „a” było tylko jedno miejsce wolne, a ja nie chciałam zostawić Ani K. samej. Zostałyśmy obie w „d”. Szlachetność sprawiła, że straciłam kontakt z Michałem i Anią Z. Jedynym pozytywem tego było, że zrobiłam to dla Ani K. – koleżanki, z którą koleżeństwa nigdy nie żałowałam. Aczkolwiek czasem czułam się przez nią osamotniona.

W gimnazjum było nas sześć. Ania K., Ania S., Kaja, Ania W., Estera i ja. Było nas sześć, ale tak naprawdę tylko dlatego, że siedziało się w ławkach parami. Bo na miasto wychodziło zawsze pięć dziewczyn. Do kina szło pięć. Na film do domu Kai też zawsze pięć. Ja tam byłam tylko na doczepkę, kiedy udało mi się zaczepić ucho na planowaniu. To niby nic, ale… czy próbowaliście żyć kiedyś całkowicie w cieniu kogoś innego? Bycie wciąż omijanym i ignorowanym nie należy do najprzyjemniejszych. A zdrada zaufania boli długo, długo.
To wtedy wpadłam w… nie, to chyba nie była depresja, ale stany depresyjne miałam. To trwało pół roku. W szkole – smutna i przygaszona. Ożywiałam się trochę w drodze do domu, gdy w końcu miałam Anię K. dla siebie (mieszka piętro nade mną). A potem wchodziłam do domu i rzucałam się na kanapę, tonąc we łzach. W tych dniach wielkim pocieszeniem była dla mnie mama. Ale z tego stanu nie udało jej się mnie wyrwać. Sprawili to ludzie, spotkani w Internecie.
W lutym tamtego roku dostałam Internet i zarejestrowałam się na pierwszym forum. Poznałam wielu wspaniałych ludzi, którzy wiele mnie nauczyli i pomogli nieco jaśniej spojrzeć na życie. Presea, Kaolini, Gaja, DiDaDragon, Luna. Zawdzięczam im więcej, niż mogłabym wyrazić.
Potem trafiłam na mirriel, a stamtąd na forum Magia&Co. I to okazało się błogosławieństwem. Zaczęłam pisać pewne WO. Było nas osiem. Polubiłyśmy się. Kiedy Magia padła, przeniosłyśmy się na forum Zakonu Feniksa i tam już zostałyśmy. Nie wszystkie – skład tzw. „Drużyny Lacera” (od tamtego opowiadania) powoli się wykruszył. Najpierw odeszła Suirys. A potem… co było potem? Potem ochłodły stosunki. I odeszła Animka, Rahead i Leithe. Zostało nas cztery: Sh’eenaz, Presea, Claire i ja. I dotąd się przyjaźnimy. Wolno mi chyba powiedzieć, że z Sh’eenaz i Preseą mam bardzo osobisty stosunek. I jeśli wymieniam moich Przyjaciół, One są na pierwszych miejscach.
Dzięki Drużynie Lacera wyszłam z tego stanu wiecznego przygnębienia. Zaczęłam się częściej uśmiechać. Teraz, założę się, wielu ludzi wręcz nie uwierzyłoby, że ja z teraźniejszości i ja z przeszłości to jedna i ta sama osoba. Wiecznie smutna, zamyślona, niemiła, nieśmiała – oto tamta „ja”. Uśmiechnięta, radosna, sympatyczna – to „ja” z dzisiaj. Ale to nie „ja” prawdziwa. Przecież to tylko maska. Tak już mam, że uśmiecham się do ludzi, jestem wobec nich uprzejma, pomocna, sympatyczna… tak jest łatwiej. Dla obu stron.
Tak naprawdę jestem okropnie złośliwa, sarkastyczna i cyniczna. Gdyby ktoś przypadkiem usłyszał moje myśli! Nie uwierzylibyście, ile w tym jadu. Odrobinę widać to po ironii, która jest wszechobecna w moich słowach. Ale to zaledwie namiastka. Nie wiem tylko, czy to dobrze, że tak często powstrzymuję się od komentarzy. W sumie jestem fanką CIS-u, ale raczej tylko na kartach powieści. W życiu CIS utrudnia funkcjonowanie w społeczeństwie. Mam dość problemów bez tego.

Rozgadałam się, a miałam analizować przyczyny obecnego stanu i tego, co było, a nie opisywać. Powoli zamieniam się w moją własną psychoterapeutkę.

Tak więc – tusza. To tutaj szukałabym odpowiedzi na wszystkie pytania, zaczynające się od „dlaczego”. Tu tkwi problem.

Alienacja od społeczeństwa jest wynikiem poniżania, które było wynikiem odmiennego wyglądu.

Fobia dotykowa jest wynikiem braku akceptacji, jak mi się zdaje, którego powodem była moja inność.

Także w pewnym sensie moja osobowość jest wynikiem otyłości. Jako osoba zwyczajnie gruba nie lubiłam sportów, ruchu. Wolałam posiedzieć i poczytać książkę albo pomarzyć. Słuchałam innej muzyki, nie kręciły mnie zespoły na topie. Był tylko jeden taki okres, gdy kochałam się w Michealu Jacksonie, Kelly Family i Spice Girls. Moi rodzice słuchali Pod Budą (miłość do tego zespołu wyssałam chyba z mlekiem matki), Turnaua, Santorki, więc ja automatycznie też. Mój brat słuchał Pidżamy Porno, Pearl Jamu, polskich ballad rockowych i szant, stąd ja także lubię i lubiłam te zespoły lub typy muzyki. Przejęłam preferencje po rodzinie w sposób całkiem naturalny. Okazało się jednak, że inni tak nie mają. I stąd zawsze byłam zapóźniona muzycznie.

Z ciuchami zawsze był problem. Nie nadążałam za modą, bo sama nigdy nie mogłam ubrać się modnie. Znalezienie pasujących spodni czy odpowiedniej bluzki graniczyło z cudem, nie mogłam być wybredna. Ubierałam się w to, co miałam akurat w szafie, i niespecjalnie przejmowałam się, co mam na sobie. Przynajmniej na pozór – a tak naprawdę wciąż się porównywałam z innymi i widziałam, że odstaję także i pod tym względem. Nadal nie robię sobie nic z mody. Ubieram się w czerwienie, czernie i błękity, nie noszę kropek, ciapek, groszków, pasków, serduszek, gwiazdek ani innych deseni. Nie lubię.

A do szkoły noszę mundurek. I to jest w porządku.

Nie czytałam namiętnie Bravo ani Dziewczyny czy innych Twistów albo Trzynastek. Zaglądałam czasem do tych gazet, owszem. Czasem nawet kupiłam. Głównie Twista, bo był grubszy i miał w sobie więcej treści. Generalnie wolałam książki. Kiedy inne dziewczyny emocjonowały się stronami z modą, horoskopem, z poradami na temat związków i innymi głupotami, ja wolałam poczytać strony w stylu „Trudny temat” albo „Tabu”. W ten sposób doskonale mijałam się z rówieśniczkami.

Nie uważam, że stało się lepiej, że tak właśnie było. Owszem, część z tych dziewcząt, które zawsze stanowiły obiekt mojej cichej i tajonej zazdrości powyrastało na różowe laleczki w spódniczkach mini, na dwunastu centymetrach obcasów i z większym zainteresowaniem facetami albo ciuszkami, niż czymkolwiek innym. Ale druga ich część to ludzie na poziomie. Lepsi ode mnie. Tak mi się zdaje, jakbym ja się rozwijała szybciej, a potem w rozwoju zatrzymała. I znów odstaję.
Jakoś im czytanie Bravo, ubieranie się w modne fatałaszki, słuchanie Britney Spears i sympatia dla sportu nie zaszkodziła. Wręcz przeciwnie. To są śliczne, smukłe, wysportowane i dobrze ubrane młode panienki o żywych umysłach, inteligencji i ciekawych zainteresowaniach. A ja? Ja wciąż jestem nijaka. Nijaka byłam, nijaka jestem i nijaka umrę. Oby wkrótce.

W tej chwili jestem brzydką, zakompleksioną dziewczyną z fobią, ranami na duszy i łuszczycą na głowie. Jestem nieciekawa, nieatrakcyjna i nieprzyjemna w obyciu. Jestem też singlem i singlem pozostanę do usranej, przepraszam, śmierci. Mam lat prawie osiemnaście i w życiu nie miałam miesiączki. Nie potrafię ufać ludziom. Gorzej – coraz bardziej widzę, że przestałam ufać także Bogu. To straszne. Przez te wszystkie lata, głównie w gimnazjum, Bóg był dla mnie ostoją, oparciem, kimś, do kogo mogłam się zwrócić i kto zawsze mnie wysłuchał i pomógł. Teraz… ach. Teraz już tylko proszę Go o siłę do życia. Może to zechce mi dać… chociaż tyle.

Pewna Bardzo Mądra Osoba zapytała mnie również, czy wierzę w cuda. Tak, teoretycznie tak, odpowiedziałam. Wierzę, że cuda przytrafiają się innym. I n n y m, ale nie m n i e. Nie jestem dość… dobra, by zasłużyć na cud. Wręcz przeciwnie. Jestem zła, potworna, niepoprawna. I coraz bardziej to czuję. Szkoda mi tej beztroskiej mnie. Tej, która potrafiła podnieść głowę i powiedzieć Bogu, że coś mi się nie podoba i żeby to zmienił, bo ja Go tak ładnie proszę. Teraz… teraz tak czuję, że jestem zbyt zła, by prosić Go o cokolwiek innego, niż przebaczenie. Potrzeba mi przebaczenia, potrzeba mi oczyszczenia, ale co z tego, że pójdę do spowiedzi, jeśli już następnego dnia znowu zgrzeszę?

Wierzę w Boga, wierzę w Jego dobro, w Jego miłosierdzie. Ale już nie wierzę, że mógłby mi pomóc. Już… już Mu nie ufam.

Albo może nie ufam sobie?

kiedy mam dobry humor, zdarza się coś, co powoduje nagły upadek na samo dno rozpaczy? I dlaczego to zawsze jest takie dupstwo?

Niby nic. A jednak czuję się oszukana. I osamotniona. Samotna właściwie. Właściwie to jestem sama. Zawsze byłam sama. I teraz też. Niby mam przyjaciół – ale co to za przyjaciele, z którymi się nie widuję. W szkole, owszem. I koniec.

Być może gdybym na stałe mieszkała w Krakowie albo w Lublinie, byłoby inaczej. Ale dwie osoby, których w tej chwili potrzebuję najbardziej, są właśnie tam i ja nic nie mogę na to poradzić. Nie potrzebuję dziś słów, ale obecności. Kogoś, komu mogłabym się wygadać. Powiedzieć, że jest mi źle. Kto przyjąłby moje słowa bez krytyki i po prostu był.

Zawsze byłam sama i zawsze cierpiałam z tego powodu. Teraz też.

Chciałabym, żeby ktoś mnie zabił. Nie popełnię samobójstwa, nie mam do tego odwagi, siły woli, determinacji. I obiecałam, że tego nie zrobię. Ale cieszyłabym się, gdyby ktoś mnie zamordował. Żebym już nie musiała się męczyć.

Wieczny spokój. Niebyt. Tak.

bo nie.

I już.

Bo jestem uparta i zła. I nie pojmuję, jak można nie pojmować.

Nie pojmowanie nie mieści się w granicach mojego pojmowania. Paradoks? Tylko pozornie.

Być może jestem głupia i niemądra, i uparta. Ale dla mnie słowa są ważne. I jest różnica pomiędzy propagowaniem tolerancji i propagowaniem zachowań. Bo dla mnie tolerancja to nie jest zagryzanie zębów i rzucanie nieprzychylnych spojrzeń, ale działanie według zasady: „żyj i daj żyć innym”. Bo też są ludźmi Dokładnie takimi samymi.

I jeszcze dlatego, że „moja wolność jest ograniczana przez wolność drugiego człowieka”.

Także wolność do miłości.

I okazywania uczucia.

Bo jeśli ja mogę trzymać się z chłopakiem za rękę, to czemu chłopak nie może trzymać innego chłopaka?

I dlaczego oni mają być nazywani „nienormalnymi”? Bo nie mogą mieć dzieci? Ja też nie mogę. I co? Też jestem nienormalna? Mimo mojej heteroseksualności?

Więc nie. Nie, nie, nie i nie. Bo nie.


  • RSS