Wróciłam.
Nie wiem, jak to wytrzymałam, w tej chwili, przypominając sobie tęsknotę, jaką przeżywałam, jestem pełna podziwu dla samej siebie. I to nie jest jedyna egoistyczna rzecz, o jakiej przeczytacie w tej notce.
Obiecałam, że napiszę relację, ale jak ująć dwa miesiące w jednej notce i to jeszcze w taki sposób, by nie zanudzić czytelników?
Zacznijmy może od tego, że decyzja o wyjeździe była podjęta w mgnieniu oka i cała procedura trwała może dwa tygodnie, jeśli nie krócej. Kilka maili do Accueil International (moja agencja Au Pair), kilka maili do mojej pracodawczyni (wtedy przyszłej), madame T. i voila! Byłam lekko zszokowana tempem tego wszystkiego, ale fakt faktem, piątego lipca byłam o godzinie piętnastej trzydzieści byłam już na lotnisku w Pyrzowicach, w terminalu, i dowiadywałam się, że lot jest opóźniony. O godzinę. Cóż, szczęście mi nie sprzyjało. Dodatkowo, żeby uzupełnić tę optymistyczną wizję, trzeba zauważyć, że urwał mi się pasek od torby podręcznej (wypchanej do granic możliwości, rzecz jasna), a mnie nie uśmiechało się noszenie jej w rękach. Połaziłam więc po bezcłowych sklepach i w jednym z nich pożyczyłam igłę z nitką. Przyszyłam nieszczęsny pasek, siedząc na plastikowym krzesełku w terminalu, a ludzie wokoło gapili się na mnie jak na idiotkę. Cóż, takie życie.
Lot był czymś niesamowitym. Po raz pierwszy byłam w samolocie i wszystko mnie interesowało - przez cały czas patrzyłam w okno, oglądając start, a potem monotonny dość widok chmur i wreszcie lądowanie. Cholernie bolała mnie głowa, bo natychmiast po starcie zatkały mi się uszy, a ciśnienie zdawało się rozsadzać bębenki... ale co z tego, i tak było fajnie!
Na lotnisku powitała mnie madame T, monsieur T. i ich dzieci, dwuletnia Heloise i trzyletni Sebastien. Wpakowaliśmy się do ich samochodu, Renault Scenic (najczęściej występujący samochód, jaki widziałam we Francji) i wyruszyliśmy. Do Normandii wyruszyliśmy.
Droga była... niełatwym przeżyciem. Siedziałam pomiędzy Loulette (przezwisko Heloise) i Titounem (przezwisko Sebastiena) i usiłowałam przypomnieć sobie, jak się mówi po francusku. Łatwo nie było. Dodajmy do tego, że Loulette przez cała drogę szalała, rzucała swoją przytulanką, smoczkiem, książeczką... a ja musiałam to zbierać z ziemi za jej fotelikiem (prawdziwy wyczyn gimnastyczny).
Normandia... Byliśmy na wsi, niedaleko Honfleur, to w delcie Sekwany. Rodzice monsieur T. mieli tam dwa domy, tak zwany "duży Londes" - w którym mieszkali rodzice, siostra monsieur T., jej mąż i czterech synów - oraz "mały Londes", w którym zainstalowaliśmy się my. To był ładny dom, dwa piętra, nieduży (jak na francuskie standardy, rzecz jasna...), ale całkowicie wystarczający. Jeśli chodzi o wygląd, był bardzo typowy dla budownictwa Normandii - białe i ciemnobrązowe deski, układające się w charakterystyczny deseń. Wewnątrz był ogromny, acz nieużywany kominek, duży salon, połączony z kuchnią i kilka wygodnych sypialń.
Spędziliśmy tam jakieś dwa i pół tygodnia. Prawie cały czas padało... chociaż było kilka słonecznych, ciepłych dni, kiedy wszyscy kąpali się w basenie rodziców monsieur T. Moje zajmowanie się Loulette i Titounem polegało na dawaniu im rano butelki z kakao, ubieraniu ich i bawieniu się z nimi do południa - odrobinę w domu, ale przeważającą część na powietrzu. To był rytuał; co rano trzeba było iść zobaczyć osły (tak; rodzice monsieur T. mieli dwa osły, Baltazara i Fairnande), a potem na grządki (uprawiali sałatę, kapustę, marchewkę i kilka innych warzyw, w niewielkim stopniu, ale mieli też porzeczki, maliny i truskawki), na huśtawkę i do piaskownicy (wszystko to stworzyli rodzice monsieur T. dla swoich licznych wnuków, przybywających na wakacje). W południe musiałam pomóc madame T. podawać dzieciom dejeuner (ja karmiłam Loulette, a ona pomagała Titoune'owi), po czym madame T. kładła dzieci spać - czas sjesty był bardzo przestrzegany. Miałam wolne do czwartej, kiedy dzieci już się zbudziły (Loulette pomiędzy drugą trzydzieści a trzecią, a Titoune w okolicach czwartej), trzeba im było podać gouter. Potem znów następowało kilka godzina zabawy w ogrodzie - czasem, jeśli był, monsieur T. zabierał nas samochodem do Honfleur, raz byliśmy w Etretat i w zoo w Lisieux (monsieur T. jest pilotem i czasem wyjeżdżał, na przykład, na trzy dni, leciał do Burkina Faso i Kambodży, po czym wracał na cztery dni, znów jechał polecieć do Algierii i Rosji, wracał na dwa dni i tak dalej...).
W Normandii odwiedzili nas też przyjaciele madame T., dwie pary, każda z dwójką dzieci: dwoje Francuzów z pięcioletnim Content i rocznym Gaspardem oraz Francuz i Libanka z dwuletnią Naice i czteromiesięcznym Augusten. Zostali na cztery dni i chociaż w teorii ja miałam się zajmować wyłącznie moją dwójką, w praktyce pod opieką miałam sześcioro dzieci.
Z Normandii pojechaliśmy do Bretanii, do Saint-Quay-Portrieux (czyt. Sę Kie Portriy), do rodziców madame T. W sobotę, dzień po przyjeździe, udało mi się być na ceremonii ślubnej przyjaciółki madame T., Arianne. Właściwie ślub francuski nie różni się chyba wiele od polskiego, jeśli chodzi o ceremonie kościelną, ale pewności mieć nie mogę, bo na żadnym polskim ślubie nigdy nie byłam.
U rodziców madame T. spędziliśmy tydzień, potem przenieśliśmy się pięćset metrów dalej, do wynajętego przez madame T. domu, bo do jej rodziców przyjechał jej brat z żoną (Rosjanką, nota bene) i dwójka dzieci, a potem jeszcze drugi brat i kuzynka z córką... Zrobiło się ciasno, toteż uciekliśmy.
Tam spędziliśmy chyba trzy tygodnie, jak mi się zdaje, przy czym przez tydzień gościliśmy kolejną przyjaciółkę madame T., Beatrice, z, hm, partnerem (są ze sobą, ale się nie pobrali i nie mają zamiaru tego robić), Algierczykiem, i czwórką dzieci, ośmioletnim Victorem, sześcioletnią Clementine, dwuletnim Comem i czteromiesięcznym Theophilem.
Będąc w Bretanii właściwie plan dnia się nie zmienił - tyle, że zamiast do ogrodu, szliśmy na spacer do miasta, na zjeżdżalnię albo na plażę. Zmieniło się to, że pracowałam czasem w innych godzinach - raz do trzynastej i potem od czwartej trzydzieści, a raz do czwartej bez przerwy, za to czas wolny miałam do wieczora, a właściwie do rana następnego dnia. Wolałam to drugie rozwiązanie, bo dawało mi więcej czasu na łażenie samotnie po mieście i brzegiem morza. Te przechadzki brzegiem morza stały się zresztą kwintesencją mojego życia tam i jedną z dwóch rzeczy, które ratowały mnie przed szaleństwem z tęsknoty (drugą rzeczą były telefoniczne rozmowy z mamą - nie dziwię się, że rachunek jest, jaki jest...). Szłam, na przykład, pieszo do portu, a stamtąd ścieżką na brzegu morza (przy czym tam brzeg morza jest wysoki, kilkanaście metrów nad poziomem wody, a kilkadziesiąt w czasie odpływu) szłam aż do sąsiedniego miasta, Trevneuc. Taki spacer (a raczej marsz, bo szłam raczej szybko) trwał kilka godzin, ale wracałam w godzinę - bo szłam miastem, znacznie szybciej, chociaż wciąż pieszo.
W czasie tych przechadzek wiele myślałam i doszłam do wielu wniosków. Analizowałam siebie i swoje życie, próbowałam ogarnąć ten niezbyt przychylny mi świat... czy mi się udało? Głupie pytanie. A mogło się udać?
Tak czy inaczej, oceniam pobyt w Bretanii znacznie lepiej, aniżeli w Normandii. Przynajmniej było gdzie pójść i co robić. W końcu to było
miasto, a nie środek nigdzie. Nawet raz tam na koncercie byłam... Abby. Zdziwieni? Spokojnie, to nie była prawdziwa Abba, tylko Bootleg Abba, piątka ludzi, którzy udawali starą Abbę. Ubierali si jak Abba i śpiewali jej piosenki (chociaż prawdziwa Abba liczyła tylko czworo członków), także po powrocie z koncertu miałam głowę pełną mieszanki "Money, Money, Money", "Dancing Queen", "Waterloo", "Gimme, Gimme, Gimme", "I have a dream" i "Mamma mia". Bardzo sympatyczny koncert i, co ważne, darmowy.
Po Brytanii znów wróciliśmy na pięć dni do Normandii. To było straszne... Padało bezustannie, dzieci były marudne, madame T. zdenerwowana, a monsieur T. nieobecny. A ja byłam tak cholernie zmęczona już... tym wszystkim. Fizycznie - opieką nad dziećmi - i psychicznie - odpowiedzialnością, pobytem w obcym kraju z obcym językiem i kulturą, daleko od rodziny... Miałam kryzys, mówiąc krótko. Chciałam się pakować i wyjeżdżać, już, teraz, zaraz, natychmiast - ale telefoniczna rozmowa z mamą pozwoliła mi to przetrzymać... Jakoś mi się udało nie zwariować z tęsknoty.
I tylko dziękowałam Bogu, że w Normandii byliśmy przed Bretanią, bi gdyby było na odwrót, nie wytrzymałabym.
Po Bretanii pojechaliśmy do Saint Germain en Laye (czyt. Sę Żermę ą Le), gdzie państwo T. mieli swoje mieszkanie. Powiedzieli, że jest bardzo małe, tylko dwa pokoje. Ale nie wspomnieli, że oprócz dwóch dużych pokoi mają ogromny salon, gabinet wielkości połowy mojego chorzowskiego pokoju, wielką łazienkę z oddzielną toaletą, kuchnię tak dwa razy większą od mojej i przedpokój wielkości trzech moich. Cóż.
Przez dwa dni w St Germain pracowałam bez przerwy (należy wspomnieć, że w tym czasie Loulette była chora na anginę), po to, by później móc zwiedzać Paryż przez dwa pełne dni - niedzielę, którą z założenia miałam wolną, i poniedziałek, wolny właśnie dzięki tej wcześniejszej pracy bez przerwy. Takoż - byłam w Paryżu! St Germain jest na przedmieściach Paryża, za Nanterre i La Defense. Jakieś czterdzieści minut RERem, czyli takim rodzajem metra poza Paryżem. Po samym Paryżu zresztą też poruszałam się metrem.
Zwiedziłam, w kolejności: Notre-Dame de Paris, Luwr (Mona Liza nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia, za to zachwycałam się Delacroix i jego "Wolnością wiodącą lud na barykady"), ogrody Tuileries, Pola Elizejskie i Łuk Triumfalny oraz Wieżę Eiffle'a (była noc - nie macie pojęcia, jaki to piękny widok, Paryż nocą, widziany z Wieży Eiffle'a, chociaż na sam szczyt nie wjechałam... byłam tylko na drugim "piętrze". I weszłam tam pieszo, nie windą!). Zdążając do stacji metra przy Wieży Eiffle'a zostałam zaatakowana przez jakiegoś bliskowschodniego jegomościa-rysownika, który mówił po francusku z okropnym akcentem, gorzej niż ja, a który się do mnie przyczepił i opuścił mnie dopiero po przesiadce na stacji metra Charles de Gaulle - Etoile (gdzie wsiadałam do RERa) i który napędził mi stracha (no bo ja nie wiedziałam, czego on ode mnie chce - prawił mi komplementy, zapraszał na diner i kazał przyjść następnego dnia w to samo miejsce, coby mi Paryż mógł pokazać... oczywiście nie wróciłabym tam za żadne skarby świata!).
Wróciłam do domu w St Germain jakoś tak przed północą, a następnego dnia byłam tak zmęczona, że odpoczywałam do południa i do Paryża pojechałam dopiero koło piętnastej, po dejeuner. Wjechałam na sam szczyt Montparnasse'u, obejrzałam bazylikę Sacre-Coeur ze wszystkich stron, byłam na placu Pigalle (nie znalazłam kasztanów) i... właściwie to wszystko. Albo: wystarczająco. Wróciłam tego dnia znacznie wcześniej, ale to dobrze, bo byłam zmęczona.
Następnego dnia byłam, dzięki uprzejmości madame T., u ginekologa francuskiego, który nie powiedział mi nic nowego. Potem zaś znów opiekowałam się dziećmi przez cały dzień... położyłam się o jedenastej, by się wyspać. Zasnęłam o drugiej nad ranem, zaś wstawałam o piątej, by się przygotować. O szóstej trzydzieści opuściłam dom i monsieur T. zawiózł mnie na lotnisko Beauvais, jakąś godzinę drogi od Paryża. Byliśmy tam koło siódmej trzydzieści i niemal od razu, przy rejestrowaniu bagażu, dowiedzieliśmy się, że mój samolot ma opóźnienie... dwunastogodzinne. Odlot planowany był na dziewiętnastą. Cóż.
Monsieur T. odjechał, zostawiając mnie na lotnisku samą i przerażoną. Nie bałam się, że coś się stanie; bałam się tego wielogodzinnego czekania...
Około dziewiątej dali nam bony na posiłek za 12 euro w jednej z restauracji na lotnisku. Zjadłam ten posiłek koło dwunastej, a czekałam bezczynnie do szesnastej, bo powiedzieli nam, że o szesnastej będą mieli jakieś informacje. Jednak żadnego ogłoszenia nie było, więc cała polska grupa, na oko jakieś sto osób, dopadła do okienka informacji Wizz Aira (tą właśnie linią leciałam), żeby zapytać co jest. I posypały się sprzeczne informacje...
Najpierw powiedzieli, że samolot będzie o ósmej. Potem, że samolot nie przyleci i że autobusem przewiozą nas do Lille, skąd odlecimy do Pyrzowic. godziny odjazdu autobusu się zmieniały - najpierw miała być ósma, potem szesnasta trzydzieści (mówili to o szesnastej dwadzieścia pięć), potem dwudziesta druga trzydzieści. Ostatecznie ten ostatni termin okazał się być prawidłowym. Około ósmej odebraliśmy bagaże i o dwudziestej drugiej trzydzieści wsiedliśmy do trzech autobusów, które zawiozły ans do Lille. Możecie sobie wyobrazić, jak bardzo zmęczona byłam po tylu godzinach nerwowego czekania, nie wspominając o tym, że wciąż odczuwałam zmęczenie całymi dwoma miesiącami pobytu: chodzenia spać po północy i wstawania o szóstej trzydzieści, opiekowania się dziećmi, tęsknotą i tak dalej...
Miałam więc nadzieję, że uda mi się pospać w autobusie, bo zapowiadały się jakieś trzy godziny jazdy. Gdzie tam! Obok mnie, po drugiej stronie przejścia w autobusie, siedziała czwórka facetów po trzydziestce. I po paru głębszych. Jak tylko zdołałam się w miarę wygodnie ułożyć na siedzeniu, facet najbliżej mnie zaczął mnie szturchać i rzucać teksty w stylu "Nie śpij, nie śpij, jak chcesz spać, to śpij ze mną" albo "Napijesz się z nami strzemiennego? No, nie bądź drętwa, napij się...". I tym podobne. Pospali się pod sam koniec jazdy i ja też mogłam się zdrzemnąć... przez dwadzieścia minut.
Na lotnisku w Lille mieliśmy mieć samolot o czwartej trzydzieści, więc czekały nas jeszcze jakieś trzy godziny czekania. Wtedy już naprawdę miałam wszystko gdzieś; położyłam się na zimnej posadzce, torbę wsadziłam pod głowę, przykryłam się kurtką i zasnęłam. Na kolejne dwadzieścia minut.
Około trzeciej trzydzieści zaczęli nas wpuszczać do terminalu, nie rejestrowali już bagażu, tylko sprawdzali, czy jego waga zgadza się z ta, zapisaną na karteczce doń przyczepionej. Odprawa osobista trwała dość długo, ale w końcu - koło czwartej trzydzieści - byliśmy wszyscy w terminalu. O tej godzinie już mieliśmy być w samolocie, ale, oczywiście, było kolejne opóźnienie i ostatecznie zaokrętowaliśmy się o piątej trzydzieści. I w momencie, w którym wystartowaliśmy i przestałam czuć tak bardzo przyspieszenie - zasnęłam jak zabita. Spałam całą drogę, aż zaczęliśmy się zniżać - i nie cierpiałam z powodu bólu głowy, jak poprzednio, nie czułam też w ogóle ciśnienia. Cóż, byłam wyczerpana.
Wylądowaliśmy koło siódmej trzydzieści, co oznacza, że moja podróż do Polski trwała dwadzieścia cztery godziny. Dobę. Zamiast 29 sierpnia, wróciłam 30.
Ale nie macie pojęcia, co czułam, kiedy w końcu stałam na parkingu, przed wejściem do terminalu, i ściskałam moją mamę; obie byłyśmy we łzach i nawet tacie głos trochę zmiękł. To było jak... jakbym się narodziła na nowo.
Niesamowite.
Podsumowując... Cieszę się, że tam pojechałam. Podszkoliłam język. Sporo się dowiedziałam - o sobie, o różnego rodzaju zamknięciach i klatkach, o tęsknocie. Poznałam kulturę francuską. Otworzyłam trochę szerzej umysł. Udowodniłam sobie i wszystkim wokoło, że jestem odpowiedzialna i samodzielna. I że jeśli chcę, potrafię.
Ale nie wiem, czy pojechałabym raz jeszcze. Naprawdę... nie wiem. Boję się, że gdybym drugi raz przeżyła taką samotność i tęsknotę, umarłabym. Albo uciekła.
Cóż... było, minęło. A teraz? Teraz pozostaje mi myśleć o przyszłości, nie rozpamiętywać trudnych chwil z przeszłości.
Chyba powinnam to zastosować do całego mojego życia.
Szkoda, że to takie trudne...
...
Uwielbiam mój optymizm.
Napisała Nietoperzyca, dnia 2007-09-09 o godzinie 16:50:48
skomentuj (12)
Wyjeżdżam
jutro o 15.30 z Pyrzowic, to niedaleko Katowic. Właściwie odpowiedniejsze słowo to "wylatuję". Lecę sobie samolotem linii Wizz Air na lotnisko Beauvais, podobno Paryż, ale z mapy wynika, że to dość daleko od stolicy. Stamtąd "moja" rodzina mnie odbiera i jedziemy do Normandii, gdzie dokładnie - nie wiem. Z Normandii na krótko do Bretanii, a potem już do Loches, to nad rzeką Indre, dopływem (lewym) Loary. Wracam 29 sierpnia.
"Moja" rodzina potrzebuje opiekunki na wakacje. On jest pilotem, Ona dziennikarką (specjalizacja: prawo europejskie). Sebastien ma trzy i pół roku, Heloise dwa. Rodzice mówią po francusku, niemiecku i angielsku, do dzieci trzeba mówić po francusku.
Boję się. Boję się jak cholera. Ale - nie mam wyboru. Bilet zarezerwowany, rodzina powiadomiona, wszystko zapięte na ostatni guzik. Wyboru nie ma.
O cholera.
O cholera.
O kurwa, przepraszam za łacinę. Kurwa.
Napisała Nietoperzyca, dnia 2007-07-04 o godzinie 22:49:08
skomentuj (4)
Nie wierzę w to,
ale chyba mi się udało.
Wyjeżdżam. Do. Francji.
Oni mają dwójkę dzieci, dwu i trzyletnie (płeć jeszcze mi nieznana). Mówią po francusku, angielsku i niemiecku (Francuz, który mówi nie tylko po francusku? Cud jakiś). Jadą na wakacje i potrzebują opiekunki. Do Normandii, Bretanii i Loches w Centrum. I ja, ja tam pojadę!
O ile rozmowa wypadnie dobrze.
Zaczynam się bać. O kurna, boję się jak cholera.
Ale fakt, że oni mówią też po angielsku, trochę mnie uspokaja.
EDIT: Jestem już po rozmowie. Lecę! Naprawdę lecę do Francji! Już mam bilet zarezerwowany i nawet zapłacony. Lecę 5 lipca, wracam 29 sierpnia. Ojejej. Ach *-* Nie wiem, jak się zachować. Jestem w takim pozytywnym szoku. I boję się. Ach!
Napisała Nietoperzyca, dnia 2007-06-27 o godzinie 15:49:23
skomentuj (1)
Zdaję sobie
sprawę, że to, co powiem, zabrzmi idiotycznie. Ale cóż, tak sobie umyśliłam i postaram się to wykonać.
Chcę wstąpić do wojska.
Zdziwieni? Cóż, dla mnie to wcale nie takie dziwne. Zawsze fascynowała mnie broń i wojsko. I prestiż tego zawodu. Za mundurem panny sznurem? Tylko swoim.
Nie jestem pewna, gdzie tak naprawdę chcę się dostać. Rozważam Marynarkę Wojenną, Siły Powietrzne i Żandarmerię Wojskową. Oczywiście, zamierzam złożyć papiery do szkoły oficerskiej tylko w jednej z tych instytucji, niemniej wybrać mi trudno. Od zawsze fascynowałam się bronią, więc wypadła Żandarmeria. Ale przecież kocham pływać, więc może jednak Marynarka? Ale latanie jest takie ekscytujące, może więc jednak Siły Powietrzne? Nie wiem.
Wiąże się z tym kilka spraw, które mnie, przyznam się, martwią.
Po pierwsze, szkoły oficerskie wymagają matematyki i angielskiego. Akurat chyba będę te dwa przedmioty zdawać, ale mam uzasadnione obawy, że matematyka nie pójdzie mi za dobrze.
Po drugie, w wojsku trzeba być sprawnym. Jestem antytalentem jeśli chodzi o sprawność fizyczną, więc musiałabym się nieźle przyłożyć. Ale to akurat może mi tylko w życiu pomóc. Co ważniejsze, teraz to jest jakiś sprecyzowany cel, który może uda mi się osiągnąć.
A po trzecie, w wojsku są badania lekarskie, które mogą mnie wykluczyć. Nie mam jakichś szczególnie niebezpiecznych schorzeń, ale przecież jakieś tam schorzenia mam. Może być ciężko.
Co ja gadam. Na pewno będzie ciężko. Ciekawe, jak by zareagowali rodzice, jeśli przyznałabym im się, że chcę iść do wojska. Pewnie próbowaliby mi to wybić z głowy. Dlatego lepiej im nie mówić. Zresztą, mnóstwo rzeczy może się jeszcze zmienić. Może za rok odwidzi mi się wojsko. A może nie.
A jeśli nie dostanę się do szkoły oficerskiej to spróbuję w regularnym wojsku, zaczynając od szeregowego.
A jeśli i to się nie uda - cóż, zawsze pozostaje mi moja romanistyka.
Wiem, jestem szalona. Ale nic na to nie poradzę.
Napisała Nietoperzyca, dnia 2007-06-26 o godzinie 18:27:34
skomentuj (3)
Kontempluję
znaczenie dwóch słów.
Żyć. Rzyć.
Już nie dostrzegam różnicy.
...
Jestem tu nielegalnie. Mam szlaban na kompa. Do odwołania. Za karę. Oceny - czy muszę mówić więcej?
Ale to dobrze. To dobrze. Bo może - tylko może - uda mi się dzięki temu uwolnić z uzależnienia. Z netoholizmu.
Do zobaczenia. Kiedyś. Prawdopodobnie - we wrześniu. A może nigdy. A może już za tydzień. Nie wiem. Kiedyś.
Napisała Nietoperzyca, dnia 2007-06-05 o godzinie 22:09:09
skomentuj (2)
Szablon wykonałam
sama i tylko dla
siebie.
Grafika należy do
Nhung, ja ją tylko ciutkę przerobiłam.
Łapki precz, bo będę gryźć.
Działa dzięki
blog.pl.